Pierwszy dzień urlopu...
Żeby była janośc urlop wzięłam ponieważ w czerwcu minął rok od kiedy nie miałam kontaktu z psychiatrą (prócz jednorazowej wizyty w kwietniu w stanie absolutnego pragnienia śmierci). Jutro jadę na wizytę ponieważ mimo faktu, iż dni bywaja raz lepsze raz gorsze i mimo, że sądziłam, że dam radę bez leków, nauczyłam się siebie, swoich reakcji, opanowywania myśli, rozpoznawania nadchodzących epizodów to nie potrafię okiełznać tego co dzieje się w mojej głowie kiedy epizody przychodzą. Wiem kiedy nastapią, wiem co oznaczają ale nie potrafię z nimi walczyć. O ile manię opanować nie jest trudno, poprostu mąż przejmuje dowodzenie w kwestii finansów, wyjazdów itp, przypomina mi o rzeczach "do zrobienia" i pilnuje żebym nie poszła zbyt "wysoko" o tyle w depresji nie jest już tak łatwo. Tutaj niestety moje nieogarnianie świata mnie przerasta całkowicie. Fakt, że duszę się w pracy, mam ochotę uciekać jak wchodzi klient (mimo, że ta pracę uwielbiam) jest dla mnie druzgocący. Samopoczucie na poziomie leniwca, refleks podwodnego szachisty nastrój rodziny Adamsów to wszystko nic, z tym dałabym radę najgorsze są uporczywe mysli o śmierci. Najciekawsze, że to nie jest tak, że ja jej chcę ja kocham życie mimo, że to choelrstwo wyniszcza mnie od środka. Mimo wszystko dochodzi do tego, że ustawiam w głowie co musiałabym ogarnąć... jak zabezpieczyć męża, dzieci... a za chwilę sama siebie ganię za to.Tylko, że to tak jakby ktoś inny sterował moimi myslami.
Wracając do tematu bo się znów rozpisałam pobocznie. Jutro wizyta u lekarza i zapewne powrót do leków co jest dla mnie moją osobistą ogromną porażką. Sądziłam, że jestem silna, że będe potrafiła wygrać z tym przekleństwem. Nie udało się. Ta wizyta jutrzejsza to ogromne przezycie dla mnie. Boję się, stresuję. Na samą myśl, że znów wykupię leki, i znów będę musiała codziennie je brać tracąc jsaność umysłu, koncentrację 2/3 mózgu łzy same cisną mi się do oczu. Tak bardzo chciałabym nie musieć tego robić. Tak bardzo chciałabym móc być sobą, mieć szansę na życie w swojej osobowości. To okrutne, że tak jest, że muzę świadomie wyzbyc się siebie żeby móc żyć...
Tutaj kółko się zamyka...
Co to jest za zycie jeśli stajesz się ćwierćmózgiem? Jesli nie ogarniasz ugotowania jajek, zrobienia zakupów, nie mówiąc o pracy, którą zapewne stracę ;(. Tu zaczynają się mysli typu: "po co mi taka wegetacja" - jedyne co trzyma mnie w postanowieniu, że jutrzejsza wizyta jest zasadna to nadzieja, że tym razem może inne leki..., może nie będzie tego okrutnego efektu... A urlop co ma do tego? To czas na przeczekanie reakcji na leki...
Trzymaj za mnie kciuki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz