poniedziałek, 30 września 2019

13. dnia 30.09.2019

Pierwszy dzień urlopu...
Żeby była janośc urlop wzięłam ponieważ w czerwcu minął rok od kiedy nie miałam kontaktu z psychiatrą (prócz jednorazowej wizyty w kwietniu w stanie absolutnego pragnienia śmierci). Jutro jadę na wizytę ponieważ mimo faktu, iż dni bywaja raz lepsze raz gorsze i mimo, że sądziłam, że dam radę bez leków, nauczyłam się siebie, swoich reakcji, opanowywania myśli, rozpoznawania nadchodzących epizodów to nie potrafię okiełznać tego co dzieje się w mojej głowie kiedy epizody przychodzą. Wiem kiedy nastapią, wiem co oznaczają ale nie potrafię z nimi walczyć. O ile manię opanować nie jest trudno, poprostu mąż przejmuje dowodzenie w kwestii finansów, wyjazdów itp, przypomina mi o rzeczach "do zrobienia" i pilnuje żebym nie poszła zbyt "wysoko" o tyle w depresji nie jest już tak łatwo. Tutaj niestety moje nieogarnianie świata mnie przerasta całkowicie. Fakt, że duszę się w pracy, mam ochotę uciekać jak wchodzi klient (mimo, że ta pracę uwielbiam) jest dla mnie druzgocący. Samopoczucie na poziomie leniwca, refleks podwodnego szachisty nastrój rodziny Adamsów to wszystko nic, z tym dałabym radę najgorsze są uporczywe mysli o śmierci. Najciekawsze, że to nie jest tak, że ja jej chcę ja kocham życie mimo, że to choelrstwo wyniszcza mnie od środka.  Mimo wszystko dochodzi do tego, że ustawiam w głowie co musiałabym ogarnąć... jak zabezpieczyć męża, dzieci... a za chwilę sama siebie ganię za to.Tylko, że to tak jakby ktoś inny sterował moimi myslami. 
Wracając do tematu bo się znów rozpisałam pobocznie. Jutro wizyta u lekarza i zapewne powrót do leków co jest dla mnie moją osobistą ogromną porażką. Sądziłam, że jestem silna, że będe potrafiła wygrać z tym przekleństwem. Nie udało się. Ta wizyta jutrzejsza to ogromne przezycie dla mnie. Boję się, stresuję. Na samą myśl, że znów wykupię leki, i znów będę musiała codziennie je brać tracąc jsaność umysłu, koncentrację 2/3 mózgu łzy same cisną mi się do oczu. Tak bardzo chciałabym nie musieć tego robić. Tak bardzo chciałabym móc być sobą, mieć szansę na życie w swojej osobowości. To okrutne, że tak jest, że muzę świadomie wyzbyc się siebie żeby móc żyć... 
Tutaj kółko się zamyka...
Co to jest za zycie jeśli stajesz się ćwierćmózgiem? Jesli nie ogarniasz ugotowania jajek, zrobienia zakupów, nie mówiąc o pracy, którą zapewne stracę ;(. Tu zaczynają się mysli typu: "po co mi taka wegetacja" - jedyne co trzyma mnie w postanowieniu, że jutrzejsza wizyta jest zasadna to nadzieja, że tym razem może inne leki..., może nie będzie tego okrutnego efektu... A urlop co ma do tego? To czas na przeczekanie reakcji na leki...
Trzymaj za mnie kciuki...
Źródło:fb
Najgorsze to:
"przestań tłumaczyć sobie
swoje niedociągnięcia chorobą..."
albo
"każdy ma czasem gorszy dzień
nie przesadzaj..."

Takie teksty to tak jakby umierającemu na raka płuc powiedzieć "przestań, każdy czasem kaszle..."

12. dnia 28.09.2019

Są momenty, że zastanawiam się po co to wszystko...? Po co mi ten blog... Po co mi praca itp...
No właśnie po coś. Po to żebym rano wstała, zrobiła makijaż, żebym musiała wyjść z domu, żebym musiała rozmawiać z ludźmi choćby nie wiem jak było to trudne. Czasami siedząc w pracy mam łzy w oczach, czasami duszę się siedząc za komputerem. Czasami założona maska bardzo uwiera ale co gdyby nie to...? Co gdybym nie musiała tego wszystkiego? Jestem absolutnie pewna, że marazm jaki by mnie dopadł całkowicie pogrążyłby mnie w stanie wegetacji. Bo skoro nic nie muszę a jedyne czego pragnę to kakao i ciepły koc to po co miałabym walczyć ze swoimi "demonami"?
Czasami i taki czas jest potrzebny, czasami musimy przegrac bitwę i dać sobie na przegrupowanie sił... Nie ma w tym nic złego. To, że czasem wygra dołek to żaden wstyd ani powód do dodatkowego kajania się. Dajmy sobie ten czas, złapmy siły, nie bójmy się  słabości bo ona czasami jest nam potrzebna żeby złapać oddech. Aaale...
Postarajmy się nie rezygnować całkowicie z wszystkiego co daje nam choć odrobinę pozytywnych emocji. Mi moja praca daje dużo satysfakcji, kontakt z ludźmi ich pozytywne reakcje na moja osobe to takie małe światełka codzienności, trochę jak świetliki w ciemnym tunelu - pomagaja przetrwać. 
Po co mi blog? Po to żebym mogła sobie o tym przypomniec od czasu do czasu. Kiedy dzień jest dobry albo tylko lepszy na tyle, że mogę napisać coś dobrego to piszę na przyszłość... A jak jest tak źle jak bywało ostatnimi czasy - piszę, żeby wyrzucić z siebie złe emocje, mysli one kumulując mi się w głowie zatruwają mnie od środka więc muszę je wyrzucić, pozbyć się ich... W takich złych momentach kiedy górę bierze ciemna strona, kiedy częściej myślę o śmierci czy o poprostu ciepłym kocu, kiedy mam łzy w oczach i duszności bo zwykłe bycie mnie przerasta czytam sobie moje wpisy te lepsze. Czytam te, które mówią o wlace, o sile otoczenia, które ma ogromny wpływ na moją codzienna walkę. Czasami jedno tylko zdanie, jedna sytuacja przesądza o kilku kolejnych dniach.
Rozpisałam się, pewnie bez sensu ale... 
Chcę powiedzieć, że nawet kiedy brakuje nam sił, kiedy wydaje się, że wszystko jest czarne lub szare znajdźmy w sobie odrobinę siły i zawalczmy... WARTO...

11. dnia 24.09.2019

Zaraz się chyba rozpłaczę. Nie chcę tutaj być !!! Ratunku ;( mam wrażenie, że za chwilę się uduszę. Jak sobie radzić? Jak nie nienawidzić siebie samej? Jak ogarnąć świat? Jak ogarnąć podstawy w pracy, w życiu? Jak, jak, jak... telefony sie urywają, ludzie wciąz czegoś chcą... Ja chcę stąd wyjść tylko niczego więcej nie pragnę ;(

Nie ogarniam :'(

https://www.youtube.com/watch?v=yJmCBSJsF9E

10. dnia 22.09.2019

Źródło: internet,cyt. Robin Williams


Poczucie beznadziei to najgorsze bo może dopaść człowieka właśnie ono pcha nas w stronę najczarniejszych myśli. Poranne promyki słońca trochę pomogły ale juz ich nie ma. Lit... Pierwiastek stosowany przy depresji i właśnie dwubiegunowce. Problem w tym że mimo iż leczy ma też właściwości wywołujące myśli samobójcze w początkowym etapie przyjmowania go. Więc i tym sobie nie pomogę mimo, że jest w domu, pod ręką boję się jednak, że pogorszy mój stan a mimo wszystko gdzieś tam w środku chce żyć. Chcę czuć dłoń mojego męża na biodrze, widzieć jak rosną moje dzieci, czuć słońce na policzku... 

Najgorsza myśl związana z podjęciem leczenia to ta, że pewnie stracę pracę, która daje ki tyle satysfakcji. Czuję się tam lubiana, doceniana rozwijam się, poznaje nowe rzeczy to fajne a ja w swoim wybrakowaniu na bank stracę i to. Znowu będę pasozytem. Przemecze okres chorobowego to jakoś przetrwam a potem... co dalej? Nie przyjmą mnie ponownie i co zrobię? To gówno w mojej głowie niszczy mi życie a złe chwile i pojebane myśli spowodowane chorobą daje mu pozywke. I kółko się zamyka... 

Dziś nienawidzę siebie. 

9 dnia 20.09.2019

A co kiedy serce krwawi...? 
Zdarzają się w życiu sytuacje, że serce krwawi tak bardzo, że nie chce bić. Bije bo musi, tak karze mu natura. Ale każde uderzenie boli tak bardzo, że zmuszanie seca do takiego bicia to barbarzynstwo dla człowieka je noszacego. 
Jak radzisz sobie kiedy serce krwawi? 
Ja sobie nie radzę :( 
Dla mnie każdy moment kiedy w sercu pojawia się smutek, żal i złość to armagedon, absolutny koniec mojego świata. W ostatnich miesiącach równy jest pragnieniu śmierci ale to już chyba nauczyłam się oppanowywac. W każdym razie każe takie krwawienie zostawia w sercu i w umyśle trwałą bliznę. Te blizny z czasem są coraz większe, grubsze. Pewnie przez to że serce ma swoją objętość, nie zwiększa się. Raczej maleje z każdą blizną... Kiedyś pewnie przyjdzie moment, że będzie już tak małe, że miłość w nim schowana wyleje się nie mając już miejsca i zostanie pusty flak, bez uczuć, wyrzuty z ciepła, empatii, radości dawania. 
Może właśnie wtedy przyjdzie moment, że przestanie boleć...? 
Tego nie wiem, wiem natomiast, że nie chce nigdy tego zaznać... Serce bez miłości to jak suche koryto rzeki bez życia, piękna, nic nie warty twór... 
Jak wtedy walczyć o zdrowie swojej głowy? Nie da się. Wtedy pozostaje się poddać temu co nastąpi, może dół, może góra a może całkowite nieczucie...  Wtedy dobrze mieć dobrą duszę, która pozwoli sercu poczuć że nadal jest cokolwiek warte. Jeśli Macie taką osobę  dbajcie o nią. 
Walczcie o swoje serca 💕💕 💕 

8. dnia 16.09.2019

źródło: https://www.zedge.net/wallpaper/d5faa59a-f541-4601-beff-9f9658041639

Najgorsze, że tak bardzo ciężko jest utrzymać w sobie poczucie własnej wartości.
Dziś np odłączyłam się od jednej z grup dla kobiet na fb zdenerwowało mnie, że one tam tak bardzo kreują się na piękne, mądre, zaradne, bogate. Przykład? Proszę: "poniedziałkowe zadanie na ten tydzień napisz jaki jest Twój największy sukces"? I co ja niby miałabym napisać? Dzieci? Dom? Praca jak każda inna? Jakie ja mam scullsy? Jakie niesamowite umiejętności, osiągnięcia? Jakie cele życiowe udało mi się osiągnąć jakie plany zrealizować? Absolutnie nic, niente, nada... A ta strona wspaniałych kobiet tylko mi o tym przypomina. Już nawet pomijam, że nie czuję się w żaden sposób inna czy bardziej wyjątkowa niż inne kobiety ale patrząc na tą ich prawdziwą czy nie wybitność czuję coraz mniejsza...
A ja chcę żyć... to znaczy hmmm... tak chcę. Od kiedy zaczęły mi się myśli samobójcze nie ma dnia bez nich. Budzę się i kładę ze śmiercią w podświadomości.
Spotyka mnie wiele dobrego. Mąż wspiera, pomaga, podnosi na duchu. Dzieciaki nawet jak widzą, że mam gorszy dzień dbają o mnie - zrobią ciepłą herbatkę, przyniosą koc... Najgorsze jest to, że nawet kiedy dni są dobre to cholerstwo mnie nie opuszcza. Boję się sama siebie jak w ulubionej ostatnio mojej piosence "Shallow" "...I'm falling In all the good times I find myself Longing for change And in the bad times I fear myself...".
Niby przecież kocham życie, kocham męża, swoją rodzinę, przyjaciół(kę), kocham jeść, tańczyć, smiać się z głupich komedii... co z tego? Czuję się tak jakby moje własne wewnętrzne alterego próbowało zniszczyć we mnie wszytsko co kocham a potem mnie samą... Jak walczyć z samą sobą? Jak żyć, pracować? 
Każdy dzień stanowi kolejną walkę z sobą samą. CZasami przegrywam bitwwę, czasem jedną za drugą wtedy depresja szaleje we mnie. Czasem bitwa jest wygrana czuję się silniejsza, lepsza wtedy mogę powiedieć, że jest dobrze, że odczówam, że cieszy mnie mój świat i wszytsko co wokół mnie. Tylko ileż można tak walczyc o każdy dzień? o każdą godzinę, minutę? 
Teraz chcę tylko wytrwac do wizyty u lekarza psychiatry... jeszcze 2 tygodnie... tylko i aż...
Mówiąc o tym jak mąż mnie wspiera i kocha nie żartuję... Bardzo chciałabym widzeć siebie Jego oczyma. Dziś miał napisać o mnie kilka słów - do pewnego projektu, który ccemy zrealizować razem. Napisał tak, że łzy sama cisną się do oczu... A ja wciąż nie czuje się taka jak opisał, próbuję jedynie uwierzyć na słowo bo wiem, że patrzy na mnie stojąc z boku nie ma go w mojej głowie i ten cholerny ChAD nie steruje jego myslami. 
A napisał tak:
"Siedzenie w miejscu ją dusi, a pociągają obce miejsca, bez mapy i zegarka. Dużo to zawsze oznacza „do pełna”, bez zahamowań w jedzeniu, ubraniu, długości i kolorze włosów, kontaktach z obcymi ludźmi. Dyskutuje na każdy temat z każdym, w dowolnej chwili i wszędzie, tłumacząc Czechowi z polskiego na angielski, mistrzowsko improwizując. Choć nie potrafi czegoś niepotrafić, odważnie próbuje wszystkiego, ale jak prawdziwa kobieta, nigdy tego nie kończy, zaczynając kolejne i nie mogąc się zdecydować na jedno. Gdy przyjdzie jej do głowy iść nocą w góry, w ciąży do to pójdzie nawet w zaspach śnieżnych i zrobi to szybciej niż inni. To ona kitrasi w kieszeni zaczarowany ołówek organizując nim każdą rzecz, osobę, imprezę, numer telefonu, czy budynek. Jedyne czego nie potrafi zorganizować to pieniądze (może dlatego, że jej do niczego nie są potrzebne). Gdy Ty na ten przykład zgubisz korek od gazu, wyciągnie go z torebki, choć nigdy auta na gaz nie miała. Mimo, że zawsze jej plany są zbyt późne, w złym miejscu i przy nieodpowiedniej pogodzie, to jej wyobraźnia improwizatorki odwraca los i pozwala śmiać się z wszystkiego. Talent aktorski, humor na zawołanie, bohaterska improwizacja w ryzykownych sytuacjach czyni z niej uosobienie Harley Quinn – inteligentną dr Harleen Quinzel, bardziej szaloną od samego Jokera, i wciąż tak kobiecą, że boi się tylko morsować i brzydzi ją tylko grochówka."
Ja wiem, że z nim nawet grochowkę zjem ale czemu mimo to nadal przegrywam walkę z sobą i znów wraca dołek...?

7. dnia 14.09.2019

Te kilka początkowych wpisów stanowiło niejaki wstęp, podkład pod mj świat. Być może trochę pod genezę mojej choroby. Teraz czas na podzielenie się z Wami tym "z czym to się je..."
Odnośnie właśnie jej - ChAD
W inetrnecie znajdziecie dzisiątki artukułów bardzej lub mniej naukowych na temat popularnej EFKI (potoczne określenie ChADu). Są setki stron poświęconych tej tematyce z suchą teorią w tle.
Prawda jest niestety taka, że tak choroba ma tak bardzo indywidualny przebieg, że nie sposób opisać jej w 100%. Opracowania naukowe powiedzą Wam o elementach spójnych dla rozpoznania ChAD, cechach charakterytycznych. Nie powiedzą Wam , że życie z tym cholerstwem jest jak przekleństwo najwredniejszej spośród średniowiecznych czarownic. 
Nie wiem jak mają inni ChADowcy - mogę się jedynie domyślać ale dla mnie okropny jest, że nie znam siebie. Nie mam poczucia, która ja jestem tą właściwą. Nie sposób okreslić co lubię a czego nie bo to zależy od dnia a czasm od godziny (kidy dopada mnie epizod mieszany - najgorszy z najgorszych).
Jedno natomiast można powiedzieć jasno i klayfikację tę uwzględniam idąc za rozmową z moim mężem.
Ostatnio z powodu silnych depresji i myśli samobójczych bardzo często rozważam pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Zastanawiam się nad elektrowstrząsami - podobno zajebicie skutecznymi. Co za tym idzie dużo na ten temat czytam. Czytając informacje na blogach, forach itp dowiedziałam się, że szpitale podzielone są tematycznie zwykle na 3 części. 1 to są oddziały starcze, demencyjne osoby z kłopotami z pamięcią itp.; 2 oddziały depresji, chadu, rozstorje nerowe itp oraz 3 schizofrenie i stany głębokich psychoz. Wygląda to jak podział grup wg. sposobu postrzegania rzeczywistości. My ChADowcy czy tez depresanci jestesmy w grupie chorych ale potrafiących odróżnić realny świat od wyimagonowanego. I tu chybajest nasz problem. Czasem zazdroszczę schizofrenikom - oni nawet nie zauważają, że sa chorzy. My żyjemy ze świadomością naszego wybrakowania jednoczes nie mogąc nic z tym zrobic.  Możemy brać leki, tłumić objawy i to wszystko. Leki nie służą niestety wyleczeniu, leki łagodzą objawy choroby. Jak apap na ból głowy.  Tylko jak radzic sobie z ymi objawami bez leków? Ja staram się od ponad roku, ale  tym następnym razem...

6 dnia 11.09.2019

Żródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&cad=rja&uact=8&ved=0ahUKEwjq2KSQmdjkAhUOL1AKHa4LA



5. dnia 11.09.2019

Historii ciąg dalszy..
Pisałam, że rozmowa przeradzała się we flirt... Założenie było pewnie dla wielu niezrozumiałe w przypadku kobiety zamężnej, matki dwójki dzieci - TYLKO SEX. Cóż to Mańka - taka właśnie jest nie zważa na konwenanse, chce coś i to bierze. Założenie z góry spoko "jes;li poczuję, że cokolwiek do Ciebie czuje - konec spotkań". Problem w tym, że miłość jest sprytna, jak przychodzi moment, że zauwa żamy że kochamy jest już dużo za późno.
Ludzie miłość w manii - nie da się tego opisać. Chłoniesz dosłownie drugą osobę, czujesz wszystkimi zmysłami razy dziesięć. Wąchałam go, smakowałam, wpatrywałam się w niego na wylot prawie. Czułam każdą komórką swojego szalonego ciała.
I tak po 2,5 roku opuściłam fałszywy, wyimaginowany świat mojego małżeństwa. On odszedł od żony - tracąc wiele. Zaryzykowaliśmy. Udało się. Jesteśmy razem. Wychowujemy moje dzieci i naszego synka. Kochamy się wciąż tak samo mocno, i tak bardzo jak się kochamy tak bardzo się czasem kłócimy ale ja wiem, że TO JEST TO - warto.
On zna moją chorbę od podszewki. Każdy jej aspekt. Rozmawiamy, dyskutujemy ja płaczę, za chwilę szaleję. Nigdy nie wiemy jaka obudzę się kolejengo dnia i On widzi każdą zmianę. Nie żałuję - czy w manii czy depresji czy reemisji - nie żałuję.
Przyjaciół i rodzinę niestety czas bardzo zweryfikował - słuchająca otoczenia i posłuszna byłam idealna jako prawdziwa "ja" jestem chyba zbyt ekscentryczna. To przykre ale nauczyłam się już z tym żyć.Nauczyłam się nie prosić się o uwagę, o zainteresowanie o przyjaźń, miłość.
Przyjaciół poznajemy w biedzie i faktycznie tak jest. Tylko jedna przyjazna, kochana dusza martwiła się kiedy intensywnie myślałam o śmierci - jeździła mi koło domu w środku nocy bojąc się czy żyję. Za tą przyjaźń jestem wdzięczna losowi.
Dziś jest dobry dzień - póki co. Jak się rozwinie tego nie wiem - epizody mieszane to jest to co teraz trawi mój umysł. Dzień bez myśli samobójczych dniem straconym, chciałoby się skwitować popularnym "hahaha" ale jakoś mi nie do śmiechu. Mimo niechęci do tej strefy mojego życia, mimo tego jak bardzo jest mi z tym ciężko i źle chcę walczyć. Głupie uczucie jednocześnie chcieć zniknąć i walczyć o siebie. To jak przenikające się w moim umyśle woda i ogień. najgorsza jest świadomość, że nie ma szans na wyleczenia - muszę z tym żyć tak długo jak będzie mi dane chodzić po tym świecie...

4. dnia 10.09.2019

ChAD i praca
No i jestem w pracy...
Epizod mieszany. Jak to jest...? Siedzisz przed komputerem w pracy, obsługujesz klienta, uśmiechasz się, rozmawiasz niby wszystko super - właśnie sprzedałam sporo za fajna kase - będzie premia mimo to w ułamek sekundy oczy zachodzą Ci łzami - bez powodu, kompletnie bez powodu.
Idziesz do toalety, ubierając się zauważasz w lustrze, że Masz całkiem niezły tyłek niby czujesz sie atrakcyjnie a jednocześnie w środku czujesz taką pustkę, że nie jesteś w stanie się z tego ucieszyć i chce Ci się ryczeć bo Masz żal sam/a do siebie, że nie doceniasz tego co Masz - właściwie doceniasz tylko Masz to gdzies uważając, że cokolwiek nie zrobisz Jesteś chodzącą klęską.
I tak balansujesz na skraju samozachwytu i autonienawiści mając jednocześnie świadomość, że nigdy już nie wyleczysz się z tego cholerstwa... i zaczynasz myśleć, że im krótsza ta męka tym lepiej.
Potem zaczynasz wracać do myślenia trzeźwo... Przecież są ludzie, którym zależy to raptem kilka ważnych postaci ale jednak są - te najważniejsze. Kminisz, że dla nich warto postarać się walczyć, że może lekarz, może leki... Trzymasz się tej myśli bo tylko ona nie pozwala Ci się poddać...

3. dnia 6.09.2019

Tym razem tylko krótka nauka:
Ten wpis to tylko link do strony internetowej, która wyjaśnia czym jest ChAD. Choroba częśto blędnie diagnozowana jako depresja bo przeież w manii nikt nie pójdzie do psychiatry... MAŃKA  jest zajebis... Dużo tutaj o ChAD będzie w zasadzie on jest powodem dla którego ten blog powstał należy się więc wyjaśnienie co to jest. Zapraszam do lektury, to jeden z lepiej napisanych na ten temat artykułów medycznych:
https://www.mp.pl/pacjent/psychiatria/choroby/69890,choroba-afektywna-dwubiegunowa
Podsyłam również pierwszy w Polsce film dokumentalny obrazujący życie z ChAD-em:
https://www.youtube.com/watch?v=OVreJtC8-lc

Enjoy

2. dnia 5.09.2019

Wino w lampce stoi obok laptopa... Uwielbiam lampkę wina wieeczorem, po całym dniu w biegu, w szale pracy,obowiążków, plątaninie myśli kiedy topraca przeplata się z opieką nad dziećmi, dbaniem o męża, o stosunki z przyjaciółmi... Głowa nieustannie zaprzątnięta mniej lub bardziej istotnymi myślami... 
I tak teraz o 21:50 po 16,5 godz intensywnie "na nogach" , co oznacza na pełnych 120% obrotach udało mi się usiąść z lampką wina, sałatką i laptopem żeby wreszcie na chwilę chociaż pozbierać myśli i kontynuować to co wczoraj zaczęłam...  
Na czym to ja... aaaa już wiem... 
No więc - chociaż Pani polonistka z podstawówki dałaby mi teraz "pałę" za rozpoczynanie zdania od "no więc" pominę Jej opinię (mimo, iż szanuję ją bardzo) i będę kontynuować myśl... skonczyłam na Brie...
Tak Brie to postać bardzo zbliżona do mnie z tamtego okresu. Mimo ogromnej pustki w środku, gigantycznej potrzeby wyrwania się ze świata wokół ona dzielnie gra swoją rolę przykładnej żony i matki, idealnej kobiety bez skazy... tak też grałam ja.
Weszłam w ten chory świat, w ten spektakl oczekiwań mojego otoczenia a, że podobno minęłam się z powołaniem aktorskim grałam wsspaniale... Jednak każda sztuka kiedyś się konczy, tak też stało się w mojej...
Żyjąc z mężem kompletnie mi obojętnym (no może jako brat mógłby mi być bardziej) pracując po 10-12 godzin dziennie umysłowo - zarządzając zspłem ludzi rozliczających placówkę medyczną, bez możliwości pokazania swojego prawdziwego "ja" poddałam się całkowicie swojej chorobie...
ChAD to ona zawładnęła moim życiem... żylam od manii do depresji. Epizody zaczęły być tak silne, że przesądzały o wszytkim. W depresji po pracy leżałam pogrążona w swojej własnej niemocy, słabości i benadziei. W manii byłam niczym Afrodyta, Atena, Artemida, Hera i każda inna bogini w jednej osobie, moja kreatywność, pomysłowść i poczucie własnej watości wynisiły 200%. Przy czym wystarczała mi niewielka ilość snu a moje działania były chaotyczne i nieprzemyślane, czasem nawet niebezpieczne. 
W całym tym ferworze codziennej walki pamiętałam o woich synach. I tak pewwnego grudniowego dnia przegladając fb i jednocześnie szukajac w głowie pomysłu czym by tu zarazić moje dziecko ( w sensie pasji) natknęłam się na zdjęcie kolegi sprzed lat...
Aaaallleee... jakież to było zdjęcie...
W kimonie, z podniesionymi pięściami z czerwonymi od krwi kośćmi dłoni i ta pasja w oczach... Nigdy nigdzie u niekogo takiej nie widziałam. Pomyślalam więc "to jest to" i niewiele myśląc napisałam zapytanie czt skoro nosi kimono i widać , że walczy to może orientuje się czy gdzies w naszym mieście nie ma zajęć karate. Dostałam odpowiedź tak niejednoznaczną i tak wyczerpującą w kwestii karate, że szczęka opadła mi po same gacie. 
Syna nie zapisałam ale ta odpowiedź nie dawała mi spokoju "co to za niesamowity człowiek musi być" myslałam. Kuszona tymi przemysleniami odważyłam się odewać ponownie i tak niewinne zapytanie przerodziło się w flirt... W tle tych rozmów we mnie rozgrywał się dramat. Ja w manii, siedząca w domu i pracy. Ja BOGINI - w moim a raczej ChADu mniemaniu. No cóż miania sprawia, że nie ma rzeczy niemożliwych a ponieważ nie byłam jakoś bardzomocno związana głębszymi uczuciami z mężem dałam się porwać zauroczeniu, tym bardziej, że z każdą rozmową okazywał się coraz bardziej niesamowity a ja MAŃKA przecież mogę wszystko...

Kurcze znów wychodzi książka. C Ya next time...

1. dnia 4.09.2019

Skoro już powstała strona, namęczyłam się nad piekną wizualizacją bla bla bla to czas chyba przejśc do sedna.
Otórz oto ja. Stoję po raz kolejny w tym roku na skraju epizodu depresyjnego. Ale może od początku... W wieku lat 21 przeszłam gigamtyczne załamanie nerwowe wówczas sądziłam, że spowodowane pijącym tatą, maturą plus problemami w ówczesnym (zbyt długo z reszta trwającym związku). Z perspektywy lat, będąc już bardziej świadomą tego co kieruje naszym życiem, mózgiem i jego zachowaniami wiem, że załamanie spowodowane było brakiem własnej osobowości a może raczej brakiem możliwości rozwijania jej w jakikolwiek sposób. Żyłam w przeświadczeniu, że muszę koniecznie być idealnie wpasowanym w konwencję małego miasta trybikiem, choćby nie wiem co nie wychylającym się poza ramy panującego ładu.
A czym był owy ład...?
Otórz ład ten to... codzienne udawanie, że wszystko jest ok. Że tata nie pije, że mama jest super idealna, że uwielbiam chodzić do szkoły a chłopak, z którym "chodzę" jest mi przeznaczony. Tak, właśnie tak codziennie uczona byłam, że najważniejsze są pozory. Problem w tym, że moje wewnętrzne ja bardzo sie na to nie godziło. Bo niby czemu miałoby. Nie mogąc się wyzwolic postanowiło sprezentować mi piekło na ziemi i obdarowało mnie ChADem. Zalamanie nerwowe, o którym wspomniałam powyżej było pierwszym momentem przełomowym. Zaprowadziło mnie to psychiatry, po raz pierwszy w życiu. Boże jaki to musiał być wstyd dla mojej rodziny, oczywiście wówczs było to tabu absolutne. Córka u pychiatry!!! "Tylko nikomu o tym nie mówmy". No i tak to właśnie było. W sumie to nawet nie wiem czy mpja rodzina poznała diagnozę - chyba naet nie pytali. Nie mówiłam, że słyszę głosy, nie leżałam z poduszką na głowie to znaczy, że leki działają i temat zamknięty...
Otórz nie... Dwa lata przyjmowania leków i stwierdziłam, że już jestem zdrowa. Odstawilam je i poczułam się wspaniale, więcej manii niż depresji a co za tym idzie poczucie, że mogę wszystko, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza, najbardziej kreatywna, że jesli dziś postanowię, że jadę na Kilimandżaro to jutro tam będę bo JA tak chcę. Doły były ledwo zauważalne zwykle przychodziły zimą więc zrzucałam je na karb jesiennnego przesilenia. ChAD w tamtym czasie objawiał się sezonowo. Potem ślub ze wspomnianym już chłopakiem - takim który wydwałoby się nie ma wad. Miał jedną - nie kochałam go, nie był człowiekiem dla mnie. Potem dziecko, praca, dom, kolejne dziecko i coraz silniejsze depresje ale i mega silne manie. Sądziłam, że tak już spędzę życie w tym wyimaginowanym sztucznym świecie niczym Brie z "Gotowych na wszytko" - udając, że wszystko jest idealnie. 
Ale o tym to już chyba kolejnym razem bo skonczy sie na tym, że powstanie książka już przy pierwszym wpisie...
Póki co idę walczyć z pierdziuloną depresją o swoje jutro i jego znośny kształt w nadziei, że może pewnego dnia powiem "panuję nad Tobą"...

13. dnia 30.09.2019

Pierwszy dzień urlopu... Żeby była janośc urlop wzięłam ponieważ w czerwcu minął rok od kiedy nie miałam kontaktu z psychiatrą (prócz jed...