Skoro już powstała strona, namęczyłam się nad piekną wizualizacją bla bla bla to czas chyba przejśc do sedna.
Otórz oto ja. Stoję po raz kolejny w tym roku na skraju epizodu depresyjnego. Ale może od początku... W wieku lat 21 przeszłam gigamtyczne załamanie nerwowe wówczas sądziłam, że spowodowane pijącym tatą, maturą plus problemami w ówczesnym (zbyt długo z reszta trwającym związku). Z perspektywy lat, będąc już bardziej świadomą tego co kieruje naszym życiem, mózgiem i jego zachowaniami wiem, że załamanie spowodowane było brakiem własnej osobowości a może raczej brakiem możliwości rozwijania jej w jakikolwiek sposób. Żyłam w przeświadczeniu, że muszę koniecznie być idealnie wpasowanym w konwencję małego miasta trybikiem, choćby nie wiem co nie wychylającym się poza ramy panującego ładu.
A czym był owy ład...?
Otórz ład ten to... codzienne udawanie, że wszystko jest ok. Że tata nie pije, że mama jest super idealna, że uwielbiam chodzić do szkoły a chłopak, z którym "chodzę" jest mi przeznaczony. Tak, właśnie tak codziennie uczona byłam, że najważniejsze są pozory. Problem w tym, że moje wewnętrzne ja bardzo sie na to nie godziło. Bo niby czemu miałoby. Nie mogąc się wyzwolic postanowiło sprezentować mi piekło na ziemi i obdarowało mnie ChADem. Zalamanie nerwowe, o którym wspomniałam powyżej było pierwszym momentem przełomowym. Zaprowadziło mnie to psychiatry, po raz pierwszy w życiu. Boże jaki to musiał być wstyd dla mojej rodziny, oczywiście wówczs było to tabu absolutne. Córka u pychiatry!!! "Tylko nikomu o tym nie mówmy". No i tak to właśnie było. W sumie to nawet nie wiem czy mpja rodzina poznała diagnozę - chyba naet nie pytali. Nie mówiłam, że słyszę głosy, nie leżałam z poduszką na głowie to znaczy, że leki działają i temat zamknięty...
Otórz nie... Dwa lata przyjmowania leków i stwierdziłam, że już jestem zdrowa. Odstawilam je i poczułam się wspaniale, więcej manii niż depresji a co za tym idzie poczucie, że mogę wszystko, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza, najbardziej kreatywna, że jesli dziś postanowię, że jadę na Kilimandżaro to jutro tam będę bo JA tak chcę. Doły były ledwo zauważalne zwykle przychodziły zimą więc zrzucałam je na karb jesiennnego przesilenia. ChAD w tamtym czasie objawiał się sezonowo. Potem ślub ze wspomnianym już chłopakiem - takim który wydwałoby się nie ma wad. Miał jedną - nie kochałam go, nie był człowiekiem dla mnie. Potem dziecko, praca, dom, kolejne dziecko i coraz silniejsze depresje ale i mega silne manie. Sądziłam, że tak już spędzę życie w tym wyimaginowanym sztucznym świecie niczym Brie z "Gotowych na wszytko" - udając, że wszystko jest idealnie.
Ale o tym to już chyba kolejnym razem bo skonczy sie na tym, że powstanie książka już przy pierwszym wpisie...
Póki co idę walczyć z pierdziuloną depresją o swoje jutro i jego znośny kształt w nadziei, że może pewnego dnia powiem "panuję nad Tobą"...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz