poniedziałek, 30 września 2019

2. dnia 5.09.2019

Wino w lampce stoi obok laptopa... Uwielbiam lampkę wina wieeczorem, po całym dniu w biegu, w szale pracy,obowiążków, plątaninie myśli kiedy topraca przeplata się z opieką nad dziećmi, dbaniem o męża, o stosunki z przyjaciółmi... Głowa nieustannie zaprzątnięta mniej lub bardziej istotnymi myślami... 
I tak teraz o 21:50 po 16,5 godz intensywnie "na nogach" , co oznacza na pełnych 120% obrotach udało mi się usiąść z lampką wina, sałatką i laptopem żeby wreszcie na chwilę chociaż pozbierać myśli i kontynuować to co wczoraj zaczęłam...  
Na czym to ja... aaaa już wiem... 
No więc - chociaż Pani polonistka z podstawówki dałaby mi teraz "pałę" za rozpoczynanie zdania od "no więc" pominę Jej opinię (mimo, iż szanuję ją bardzo) i będę kontynuować myśl... skonczyłam na Brie...
Tak Brie to postać bardzo zbliżona do mnie z tamtego okresu. Mimo ogromnej pustki w środku, gigantycznej potrzeby wyrwania się ze świata wokół ona dzielnie gra swoją rolę przykładnej żony i matki, idealnej kobiety bez skazy... tak też grałam ja.
Weszłam w ten chory świat, w ten spektakl oczekiwań mojego otoczenia a, że podobno minęłam się z powołaniem aktorskim grałam wsspaniale... Jednak każda sztuka kiedyś się konczy, tak też stało się w mojej...
Żyjąc z mężem kompletnie mi obojętnym (no może jako brat mógłby mi być bardziej) pracując po 10-12 godzin dziennie umysłowo - zarządzając zspłem ludzi rozliczających placówkę medyczną, bez możliwości pokazania swojego prawdziwego "ja" poddałam się całkowicie swojej chorobie...
ChAD to ona zawładnęła moim życiem... żylam od manii do depresji. Epizody zaczęły być tak silne, że przesądzały o wszytkim. W depresji po pracy leżałam pogrążona w swojej własnej niemocy, słabości i benadziei. W manii byłam niczym Afrodyta, Atena, Artemida, Hera i każda inna bogini w jednej osobie, moja kreatywność, pomysłowść i poczucie własnej watości wynisiły 200%. Przy czym wystarczała mi niewielka ilość snu a moje działania były chaotyczne i nieprzemyślane, czasem nawet niebezpieczne. 
W całym tym ferworze codziennej walki pamiętałam o woich synach. I tak pewwnego grudniowego dnia przegladając fb i jednocześnie szukajac w głowie pomysłu czym by tu zarazić moje dziecko ( w sensie pasji) natknęłam się na zdjęcie kolegi sprzed lat...
Aaaallleee... jakież to było zdjęcie...
W kimonie, z podniesionymi pięściami z czerwonymi od krwi kośćmi dłoni i ta pasja w oczach... Nigdy nigdzie u niekogo takiej nie widziałam. Pomyślalam więc "to jest to" i niewiele myśląc napisałam zapytanie czt skoro nosi kimono i widać , że walczy to może orientuje się czy gdzies w naszym mieście nie ma zajęć karate. Dostałam odpowiedź tak niejednoznaczną i tak wyczerpującą w kwestii karate, że szczęka opadła mi po same gacie. 
Syna nie zapisałam ale ta odpowiedź nie dawała mi spokoju "co to za niesamowity człowiek musi być" myslałam. Kuszona tymi przemysleniami odważyłam się odewać ponownie i tak niewinne zapytanie przerodziło się w flirt... W tle tych rozmów we mnie rozgrywał się dramat. Ja w manii, siedząca w domu i pracy. Ja BOGINI - w moim a raczej ChADu mniemaniu. No cóż miania sprawia, że nie ma rzeczy niemożliwych a ponieważ nie byłam jakoś bardzomocno związana głębszymi uczuciami z mężem dałam się porwać zauroczeniu, tym bardziej, że z każdą rozmową okazywał się coraz bardziej niesamowity a ja MAŃKA przecież mogę wszystko...

Kurcze znów wychodzi książka. C Ya next time...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

13. dnia 30.09.2019

Pierwszy dzień urlopu... Żeby była janośc urlop wzięłam ponieważ w czerwcu minął rok od kiedy nie miałam kontaktu z psychiatrą (prócz jed...